Ruchome pocztówki

Ostatni post ze zdjęciami nie oznaczał ostatniego w ogóle! Są przecież jeszcze filmiki. Trochę mi z nimi zeszło zanim je przygotowałem i przede wszystkim wgrałem… Będzie chronologicznie.

Najpierw Great Ocean Road, a dokładniej Kennett River:

Dwie stylizacje kolorystyczne papużek królewskich wynikają z różnic płciowych – chłopcy są czerwoni, a dziewczyny zielone. Koale z kolei mają ewolucyjnie „utwardzone” dupki, żeby wygodniej im się siedziało na drzewach.

Dalej już Apostołowie:

Loch Ard Gorge:

Gibson Steps:

Spacer po Melbourne:

I Healesville Sanctuary:

Dziobaki jedzą tylko żywy pokarm, dlatego ich roczne wyżywienie kosztuje ok. 15 tys. AUD (circa 45 tys. zł, czyli podobno więcej niż słonia).  Dingo zaś żywią się m.in. kangurami, dlatego trzymane są za wysokim płotem. W Australii żyją trzy gatunki najbardziej jadowitych węży na świecie, zresztą są na filmiku. Na końcu filmiku Pan Prowadzący ucina sobie krótką pogawędkę z kakadu 🙂

A do tego jeszcze 4 fotki:

DSC_0089-amDSC_0093-bmDSC_0095-amTrochę bujało w helikopterze.

DSC_0328-amJest i dingo!

Na koniec zabawna sytuacja – po tygodniu mówienia wyłącznie po angielsku i w zasadzie zupełnym braku j. polskiego zaczyna się myśleć w j. angielskim (sic!) – w niedzielę po powrocie miałem niespokojny sen i jak się przebudziłem, to podobno bełkotałem coś po angielsku 😉

Ostatnia ciekawostka – podróż pocztówki z Melbourne do Poznania trwała 8 dni. Jak dla mnie zaskakująco szybko!

To już chyba naprawdę koniec o Australii. Jak to powiedział mój serdeczny przyjaciel: „Nie można żyć tylko przeszłością”. Pora zresztą rozpocząć przygotowania do kolejnej podróży. Stay tuned!

 

Reklamy

Zoo i winiarnie

Mimo napiętego harmonogramu, ostatniego dnia zdecydowaliśmy się wybrać na wycieczkę do Healesville Sanctuary i winiarni Yarra Valley. W razie jakiegoś opóźnienia, awarii busa, nie wróciłbym planowanym lotem do Polski, wiec stawka była wysoka, ale przecież yolo 🙂

DSC_0294amKoala przebudził się dosłownie na 15 sekund i udało się uchwycić jego fejsa!

DSC_0309am

Diabeł tasmański jest tak nazywany, bo w czasie zagrożenia wydaje głośne dźwięki, a jego oczy i uszy robią się czerwone! Szkoda tylko, że o możliwości zabawy z wombatem dowiedziałem się będąc przy ich terytorium, a bilety na tę atrakcję można było nabyć przy wejściu… Pozostałe 3 wombaty spały w swoich legowiskach, ale tego udało mi się uchwycić:

DSC_0311bm

Były też kangury:

DSC_0301bm

W drodze powrotnej jechaliśmy przez wzgórza i można było spotkać nawet całe polany pełne kangurów! Niestety, nie udało mi się spróbować ich tak cenionego mięska 😦

Ciekawostka językowa: na młode osobniki (szczeniaczki i to nie tylko kangurze) mówią joeys 🙂

Co ciekawe, przy każdej z winiarni jest lądowisko i zwykle helikopter. Można szybko skoczyć do sąsiada na pinot noir z jego piwnicy (z którego zresztą ten obszar słynie)!

Na obiad australijska rybka barramundi (prosty chłopak – trzy razy prosiłem o powtórzenie nazwy), frytki – nawet one były inne w smaku niż w Europie – i dla mnie zasugerowany chardonnay. W okolicach Olsztyna jest hodowla tej pysznej ryby, wiec powinna być dostępna u nas – polecam serdecznie, Iza Małysz.

Ciekawy element obsługi – gdy ktoś wstawał, np. chcąc iść za potrzebą i zostawiał serwetkę (tę materiałową) obok talerza, to w oka mgnieniu pojawiał się kelner i rolował ją tak jak była ułożona na początku, przy siadaniu. Kolega z Łotwy wychodził 3 razy i zawsze ta sama, dziwna akcja 😀

Po obiedzie ruszyliśmy testować różne gatunki z tej winiarni. Wcześniej jednak trzeba było strzelić fotkę widoku:

DSC_0333am

W starym budynku z XIX w. wisiała tablica z napisem „Life is too short to drink bad wine”. I po wypróbowaniu lokalnych produktów trudno się z tym nie zgodzić. Toteż łącznie zabrałem do bagażu 3 butelki tego trunku 🙂

2016-04-09 14.58.09amDSC_0335am

Mieliśmy szczęście, że akurat nasz van zabrał nas jeszcze na krótką prezentację dobierania win i serów. W tej największej winiarni w Yarra Valley (ponad 400ha) założonej przez włoskiego imigranta o nazwisku De Bortoli wina nie były już tak dobre jak w poprzedniej (choć deserowe Noble One z serem niebieskim było mega), to właśnie sery „pocisnęły”. Jeden do zapamiętania – kozi ser (twaróg) Meredith! Niestety, akurat tego nie mieli do kupienia na wagę, a i po powrocie nigdzie u nas nie widzę 😦

DSC_0342bmNie tylko helikoptery zwracały uwagę przy winiarniach.

DSC_0357am

Torbę z dodatkowymi upominkami udało się dopiąć, na lotnisko szczęśliwie wszyscy zdążyliśmy. Co ciekawe tam chyba nie ma białych taksówkarzy – wszyscy są z bliskiego wschodu lub Indii! Droga powrotna Airbusem A380 bezpośrednio do Dubaju, mimo 14h lotu, minęła w bardzo komfortowych warunkach – znów przy całkiem niezłych posiłkach i filmach z ekranu. Przy okazji dowiedziałem się, że szejkowie planują budowę nowego lotniska w Dubaju dla obsługi 240 mln pasażerów rocznie. Dla porównania obecne – i tak największe na świecie pod względem liczby pasażerów lotów międzynarodowych – obsługuje trochę ponad 80 mln.

Za podsumowanie wyjazdu posłuży truizm, że to co dobre szybko się kończy. Mimo przebytych 33 tys. km w obie strony i ponad 40h w samolocie dla 6 dni pobytu oczywiście było warto! Uszczknięte 2,5 dnia na turystykę i tych kilka flagowych atrakcji, które udało się zobaczyć, narobiły tylko jeszcze większej ochoty na dłuższy przyjazd do tego wielkiego kraju. Uluru, Purnululu, Wave Rock, Ningaloo, Wyspa Fraser, Góry Błękitne, Nowa Kaledonia, Border Ranges, Jezioro Hillier i wiele, wiele innych tylko czekają, żeby pojawić się na Stoi otworem 🙂

2016-04-09 10.37.22am

„Big smoke” nocą

To jeszcze nie koniec jesiennego Melbourne! Nawiasem mówiąc samego miasta to był tak naprawdę początek. „Big smoke” wzięło się od przemysłowego boomu pod koniec XIX w. spowodowanego gorączką złota w stanie Victoria.

DSC_0190k-am

Czwartek minął pod znakiem pracy i wieczornego wyjścia pożegnalnego. Udało mi się znaleźć nawet polską wódkę – Belvedere w niebagatelnej cenie 19 dolarów (57 zł) za kielicha! Była też wersja bardziej przystępna w postaci wódki Luksusowej. Na koniec wieczoru poszliśmy na dach kamienicy, w której był lub Cookies. Była to kolejna miejscówka do wypicia, ale co istotniejsze przede wszystkim taras widokowy na cztery strony miasta nocą. Niestety, po zgraniu z telefonu jakość zdjęć nie pozwala na ich publikację 😦

Gdy Burger King „wchodził” na rynek australijski okazało się, że nazwa ta jest już zajęta, a właściciel nie ma zamiaru jej sprzedaży. Cała sieć nazywa się tu „Hungry Jack’s”.

DSC_0190m-am

Z kolei w anglikańskiej katedrze św. Pawła pierwszy raz natknąłem się na takie rozwiązanie – kącik dla dzieci! Podobno w jakimś kościele 15 km od mojego rodzinnego Mogilna też już ten pomysł „dotarł”! 🙂

DSC_0190l-am

W piątek po szkoleniach w końcu przespacerowałem się po mieście. Spacer rozpocząłem o idealnej godzinie, bo załapałem się na fotograficzną „złotą godzinę” lub „magiczną godzinę” tuż przed zachodem Słońca.

DSC_0197-amDSC_0198-amDSC_0200-amDSC_0201-amDSC_0206-am

Eureka Tower, czyli do niedawna najwyższy budynek mieszkalny na świecie:

DSC_0196mDSC_0204-amDSC_0205-am

Nazwa Eureka oraz design budynku – jego złoty szczyt z czerwoną strugą – nawiązują do gorączki złota z połowy XIX w., symbolizując właśnie poszukiwania oraz krew przelaną przez górników w powstaniu „Eureki” przeciwko władzom brytyjskim.

285m nad ziemią, poza główną bryłą wieżowca, znajduje się specjalny sześcian 3×3 – the Edge. Po wejściu wszystkie 6 ścian jest zasłoniętych. I nagle zaczyna się show: odgłosy pracy maszyny i łańcuchów, powoli widać jakby coś z zewnątrz było z owego sześcianu zdejmowane, a do tego trzęsie! No i w końcu bum! Dookoła większość elementów szklanych, tylko fugi metalowe – widać wszystko dookoła jakby stało się w chmurach. Niestety, nie wpuszczają tam – niby ze względów bezpieczeństwa – z własnymi aparatami i jedyna opcja na zdjęcie jest od nich:

EUR324418992361DSC_0214a-amDSC_0226_1-am

Co ciekawe nie doskwierał mi tam dyskomfort związany z przebywaniem na dużej wysokości i otwartej przestrzeni. Mam najwyraźniej więcej zaufania do budowniczych w Australii niż Zamościu!

Po zejściu na ziemię ruszyłem dalej. Cel Rod Laver Arena, małym przystankiem na jakąś wszamę, a konkretnie Traveller’s Pie z szynką i serem. Spacer był długi, same korty w przebudowie, ale była przynajmniej okazja do przetestowania aparatu.

DSC_0236a-amDSC_0244amDSC_0245amDSC_0252bmDSC_0256amDSC_0258bmDSC_0260bmMają takie fajne duże ciężarówki w „hamerykanckim” stylu!

DSC_0261am

Melbourne nazywało się kiedyś Batmanią, jednak nie od Bruce’a Wayne’a, lecz od nazwiska Johna Batmana, który w 1835 r. „kupił” od rdzennej starszyzny ziemię na wybrzeżu w okolicach Philip Island. To właśnie tu założono miasto, którego pierwotnie władze Australii nie uznawały i objęły nawet zakazem wjazdu. Z uwagi jednak na atrakcyjność lokalizacji i szybki rozwój nawet ów zakaz nie był w stanie zatrzymać napływających ludzi szukających swojej szansy na końcu świata. Zakaz został niebawem zdjęty, natomiast John Batman jest tu i ówdzie nadal obecny – przy Street, Lane, Road, Avenue i Park swojego nazwiska.

DSC_0257amDSC_0269amDSC_0277bmTo chyba moje ulubione.

DSC_0286a_1mI na koniec jeszcze raz trochę sztuki ulicznej, której tu mnóstwo (przyozdobionej śmieciami).

Po łącznie 4 godzinnej wyprawie, styrany jak koń po westernie, dotarłem do hotelu.

7 z 12

Pracowitych kilka ostatnich dni i niestety nie było chwili, by być na bieżąco. Zaktualizowałem zdjęcia po obróbce, ale niestety dostały trochę po jakości przy zmniejszaniu. Wracając jednak do drugiej części dnia na Great Ocean Road:

Gdy dojechaliśmy w środę na miejsce dowiedziałem się, że opcja dodatkowa, którą wybrałem trochę koliduje z podstawową wersję obserwowania – spacerem. Podekscytowany pobiegłem do lądowiska, a że byłem niesparowany, szybko wcisnęli mnie na początek kolejki.

DSC_0085m

Lot helikopterem trwał ok. 15 minut. Miałem problem typu „być czy mieć” – upajać się pięknymi widokami czy je porządnie nagrać. Balans poszedł na nagranie. Poza tym siedziałem kolo pilota i trzeba było uważać, żeby nie szturchnąć mu przypadkiem drążka, jakkolwiek to brzmi…

DSC_0105-am

Zrobiliśmy dużą rundkę nawet do Loch Ard Gorge – fragmentu „wybrzeża rozbitych statków” nazwanego właśnie od tego statku ze Szkocji.

DSC_0152-am

Tak wiec Apostołów zostało już tylko 7. Ósmy zawalił się do oceanu w 2009 r.

DSC_0107m

Po wylądowaniu, znów biegiem, na punkt widokowy. Do umówionej godziny odjazdu busa ok. 6-7 minut. Po drodze usłyszałem nawet polskie głosy. Run Forrest Run! Udało się dotrzeć do pierwszego z dwóch punktów, który wyglądał tak:

DSC_0108-am

Bez dwóch Azjatek, które nadal były na locie helikopterem, ruszyliśmy do następnego punktu. Zabieg celowy, żebyśmy nie czekali – gość miał się po nie wrócić w trakcie oglądania kolejnej atrakcji. Niemniej i tak czułbym się chyba nieswojo, bo one o niczym nie były uprzedzone!

Następny przystanek to właśnie wspomniany wcześniej shipwreck coast:

DSC_0109-amDSC_0140-amDSC_0116-am

Przewodnik opowiadał nam, partiami dawkując napięcie, legendę o tym, jak statek poszedł na dno oraz o dwóch rozbitkach z Loch Ard – młodego majtka, który jako jedyny na statku umiał pływać i dziewczyny, którą uratował. Szczerze zresztą przyznał, że pewnie połowa jest zmyślona. Na koniec z radia poleciała piosenka Celine Dion z Titanica!

DSC_0155-am

Godzina była jeszcze stosunkowo młoda, wiec zatrzymaliśmy się przy Gibson Steps, żeby zejść z klifu na plażę.

DSC_0156-amDSC_0159-amDSC_0164-amDSC_0170-amDSC_0175-amDSC_0186-amDSC_0189-amPowiedzmy, że pierwszy w miarę udany HDR!

DSC_0190-am Owieczek mają bez liku.

W drodze powrotnej, gdy już zapadał zmierzch, a wszyscy zaczynali przysypiać, nie wyłączając kierowcy, byś nagle zwolnił, a przez głośniki padło magiczne hasło: Kangaroos! Przy drodze biegały się 3 kangury albo walabie – trudno powiedzieć. Udało się! Wówczas pozostał jeszcze do zobaczenia wombat 🙂

Pozycja nr 1

Nie powiem, żebym widział już w życiu wiele. Z drugiej strony parę razy poza Mogilno wyjechałem. Ale nigdy do tej pory natura nie zrobiła na mnie takiego wrażenia. Niesamowity odcinek wybrzeża, trasa 263km wysadzona dynamitem i wykuta w skałach przez weteranów I WŚ w celu readaptacji do społeczeństwa. Milion zakrętów na tysiącu wzgórz, a do tego przez większość czasu ocean z lewej strony.

Początek wyprawy był pełen obaw, bo że rano padało, to mało powiedziane! Ale nasz przewodnik, jak sam stwierdził, ma układ „z tym na górze” i jakimś cudem, gdy wychodziliśmy z busa, za każdym razem deszcz odpuszczał. Pierwszy przystanek na kawę w Torquay, gdzie kręcono Point Break z nieżyjącym juz Patrickiem Swayze i młodziutkim Keanu Reevesem. Domy od oceanu dzieli tu tylko ulica i kilka metrów plaży. Oczywiście zastanawiałem się, jaka może być ich cena, po czym przewodnik – jak gdyby czytał mi w myślach – rzucił ciekawostką dotyczącą najbardziej widowiskowo położonego domu na wzgórzu przy oceanie, z dobudowanym na wysokim filarze tarasem widokowym – cena 2,7 miliona dolarów australijskich! A sam ocean – oprócz trochę innego koloru wody niż morza, wbrew pozorom całkiem ciepły!

DSC_0035m

Kilka kilometrów dalej oficjalnie wjechaliśmy na Great Ocean Road.

DSC_0021m

Z tej części trasy niestety zdjęć jest niewiele, bo znaczną jej część pokonaliśmy w busie, bez wysiadania – chwilami z powodu braku czasu w perspektywie reszty napiętego harmonogramu, czasem może deszczu, a niestety czasem z powodu zakazu zatrzymywania się w miejscach dotkniętych przez grudniowe pożary, które narobiły w tej części stanu Wiktoria duże straty i pozostawiły smutny widok spalonej ziemi, drzew i krzewów. Niemniej, zróżnicowanie terenu i mnóstwo tajemniczych zjazdów zachęca do wybrania się tam wypożyczonym autem zamiast zorganizowaną wycieczką. Gdybym tylko wiedział i miał kierowcę jeżdżącego lewą stroną drogi…

Ze sceptycyzmem poszedłem do informacji organizatora o tym, że jedną z atrakcji jest oglądanie papug – szkarłatek królewskich oraz „spotting” koali przy Kennett River. Przypuszczałem, że to tylko chwyt, a koali pewnie i tak dostrzec się nie uda. A jednak:

DSC_0048-amDSC_0059-am

Koale to w ogóle ciekawe zwierzątka – 20h dziennie śpią, 3h jedzą i godzinę mają na aktywności. Zupełnie jak ja na studiach! Niestety, dożywają tylko 30-40 lat i umierają najczęściej z głodu, bo na koniec muszą jeść coraz więcej i tracą przez to zęby, a potem nie mają czym tych liści przeżuwać 😦

Kolejny przystanek to Apollo Bay na tajskie żarcie – zresztą takie samo jak jedno z dań w samolocie i lody w zbierającej nagrody lodziarni Dooley’s. Nigdy w życiu nie trafiłem gorzej ze smakiem! Było ich faktycznie mnóstwo, ale moje Chili Chocolate było tak pikantne, że nie szło wytrzymać i po chwili lód wylądował w koszu. A jeszcze Pani proponowała, czy chce spróbować przed nałożeniem…

W Apollo Bay wyszło słońce i przyleciał model na sesję:

DSC_0067-amDSC_0068-amDSC_0071-amDSC_0063m

Jak wyszło Słońce, nakręciłem na obiektyw filtr polaryzacyjny i… „zrobił różnicę”! Nigdy wcześniej nie udało mi się tak stosunkowo niewielkim kosztem, dodać tak wiele do zdjęć!

Kawałek drogi za Apollo Bay zaczyna się rainforest – i akurat tu pogoda dokonała interpretacji expressis verbis, bo mocno się rozpadało, w związku z czym większość zdjęć zrobiłem telefonem, za wyjątkiem tych dwóch:

DSC_0079-am2DSC_0081-m

Cisza, spokój i świeże powietrze. Dodam jeszcze, że głowa zafiksowana w trakcie spaceru na tym, czy zaraz spod krzaczków albo z drzewa nie wyskoczy jakiś wąż albo inny pająk… One chyba jednak też nie lubią deszczu, bo szczęśliwie żaden się nie pojawił.

Po Maits Rest ruszyliśmy w kierunku głównej atrakcji – Parku Narodowego Port Campbell, o czym w następnym wpisie.

Najpierw obowiązki, potem przyjemności

Na razie wyjazd przebiega zgodnie z hasłem w tytule. Sporo spotkań, a w połączeniu z jesienią, szybko robi się ciemno. Niemniej, jutro dzień w outbacku – w końcu wezmę gdzieś aparat! Tymczasem widoki z 37. piętra:

image

Ciekawostki: bardzo szybko zmieniają się światła z zielonego na czerwone na pasach, prawie trzeba biec, a także mocno dyskryminuje się tu Aborygenów w życiu kulturalnym i publicznym (info od lokalsa).

Pierwsze wrażenia

To zabawne, ale leżąc w pokoju hotelowym czuje się jak w… Siedlcach. Długa podróż, pokój jak to pokój w hotelu – niczym się nie wyróżnia, siedzę sam i mam też zaplanowanych trochę obowiązków na ten tydzień – czyli tak jak zwykle wyglądają moje służbowe wyjazdy do Siedlec 🙂 Z ta różnicą, że tu mi się nie chce spać. Nie bardzo wierzyłem w jetlaga, a już w ogóle przecież „co to nie ja” – mnie nie dopadnie! Yhy, jasne. Nawet jeszcze nie ziewnąłem, choć jest 5:15.

Trochę niedoszacowałem odległości na mapie i wyszedł mi całkiem spory spacer z dworca, na którym wysiadłem z lotniskowego autobusu. Oprócz tego, że pierwszy wizerunek miasta był trochę jak z horroru – opustoszałe ulice i gdzieniegdzie bezdomni gadający do siebie – już udało się znaleźć fajne miejsca:

DSC_0008-amBrama między kamienicami przy Flinders St – co ciekawe oświetlona 24/7

DSC_0010mWyzwolona księgarnia – jutro idę tam koniecznie, może będzie jakiś Bukowski dla chłopców niegrzecznych między słowami.

Ps. Na ostatnim odcinku lotu, za namową stewardessy Martyny pierwszy raz piłem Baileysa. Może i niemęskie, ale do herbaty pasuje lepiej niż mleko! Ciekawe kiedy w kancelarii się skapną, że zmieniłem dodatek do Earl Greya :-)”